|
Data: 2002-11-21 19:41:11
Temat: Horacyada
Nadawca: 
HORACYADA
czyli niezupelnie powazna rzecz, pisana dokladnie w ta a nie w inna strone,
czytana przewaznie w drugim zamiast w n-i-e-d-r-u-g-i-m kierunku
co moze oznaczac mniej wiecej tyle, ze strony i kierunki gowno tu znacza.
Horacyada z dnia 20 listopada 2002r.
...ktoregos wieczoru Horacyo skonstatowal -
[ ...przerzucajac niedbale cienkie
strony "Encyklopedii farmakologii", ktora wzial w swoje rece tuz po
kolejnym
przeczytaniu ukochanych akapitow jendej z jego ulubionych ksiazek: "Atlasu
chorob i szkodnikow ziemniaka", gdzie -oprocz wielu intrygujacych i
niedokonczonych zdan zawieszonych w mikrokosmosie rodziny bulw- przeczytal
o
fascynujacym zjawisku na ziemniaczanym poletku naukowym, mianowicie o
dziwnego rodzaju zagladzie wewnetrznej pustki ziemniaka, a uzywajac
wznioslej, ziemniaczanej terminologii - o brunatnej pustowatosci klebow. Ta
niezwykla nazwa, ktora przywodzila mu na mysl analogiczne spustoszenia u
jednego z osobnikow Homo Sapiens(nie precyzujac jednak kogo dotyczy owa
mysl, chociaz z rozedrganych ruchow jego warg i z czola przecietego ukosnie
kilkoma zmarszczkami zamyslenia, mozna bylo jasno wyczytac jego autopsyjne
refleksje), nazwe, ktora kojarzyla mu sie z glabami wycinanymi z kapusty
przez jego matke, przygotowujaca bigos lub jakas inna, kapusciana potrawe,
maniaklanie pochylona z nozem nad glo-wami-mo-zgami, ktore rozcinala na
drobne strzepki z premedytacja godna mordercy; albo tez z prostackimi i
obelzywymi slowami ktoregos z przyglupich wujow czy stryjow(a takich
ograniczonych troglodytow Horacyo mial w rodzinie kilku, w tym takze tych
wyjatkowo mocno kopnietych), slowami, kaleczacymi wtedy jeszcze zalazki
jego
osobowosci, drazacymi jego pustke jak nienasycony robal; a takze... ale
i...
i w tym momencie, zupelnie nagle - zreszta jak wiekszosc tego rodzaju
olsnien nawiedzajacych Horacya w chwilach medytacji - splynela na niego ta
swiadomosc, posrod ziemniakow, pustowatosci i czopowatosci, brzmiacych
troche jak nazwy rozowych lub szarych czopkow doodbytniczych, tych
gladkich,
piekacych pociskow wslizgujacych sie szeptem w nasze... zupelnie tak, jak
te
nic nie mowiace okreslenie
z-a-c-z-o-p-o-w-a-n-e-g-o-w-p-u-s-t-o-w-a-t-o-s-c
gnoma-gnoma czy innego potwo-ra-ra(...zaczo-po-wanego, za-czo-po...
wato-sc,
s-c... pu-sto-za-czo-po-waneg-o...o...o... powtarzal sobie szeptem te
zlepiane strzepki, bawiac sie wirujaca fonetyka takich zwrotow,
przescigajac
samego siebie w znajdowaniu coraz to bardziej idiotycznych okreslen dla
p-usto-gnom-ow, i innych po-tworo-ro-ro-wato-za-czo-po-wanych istot,
stwarzanych na poczekaniu przez usmiechnietego Horacya w obszarach
namacalnych ksztaltow, chropowatych faktur i nieznanych mu dotad
materii... ) ...i w tym miejscu milknie, instaluje sie wygodnie w fotelu i
zaklada noge na noge(w sposob, ktory moglby powtorzyc jedynie
skoncentrowany
i gibki jogin imieniem yo-gi, yo-gi jogin, jogin yo-gi - utrafilem w rym...
rym-rytm-formalnewzory...) zadzierajac przy tym palce nog do gory, jakby
probowal owymi piecioma pal-co-watymi antenami przechwycic wszechobecna
mantre swiata i zaczaic sie wylacznie na istotne ciagi mysli, najlepiej te
o
ziemniakach, lub tez te z zakresu farmakologii... (tylko skad tu sie u
diabla wziela ta farmakologia?!)
...i pielegnuje cisze nie mowiac nic... ale to nie-nic, to tak, to cos, cos
jednak istnieje, to jest, jednak to jest, bo cos jednak jest! Tak!
...i nie jest wylacznie dzielem przypadku, ze wlasnie to cos co jest, tylko
nie wiadomo gdzie, ani tez do kogo nalezy i co z tym fantem poczac,
zachecilo nieco zmumifikowanego cisza i tym szczegolnym nastrojem zbrodni
bez zbrodni Horacya do lektury pustowatosci glabow... klebow... glabow:
"Dawniej uwazano, ze glowna przyczyna brunatnej pustowatosci
glabow(Horacyo obiecal sobie nie zmienic klebow na glaby, chocby ze
wzgledow
czysto merytorycznych, ale jak widac jakos mu to nie wyszlo) jest
nadmiernie
szybki ich wzrost, przy czym tkanki zewnetrzne mialy jakoby wyprzedzac pod
tym wzgledem tkanki wewnetrzne. Wskutek czego(no wlasnie! w skutek czego?!)
mialy jakoby powstawac szczeliny przeksztalcajace sie pozniej w
obszerniejsze jamy." ]
...i oto ktoregos wieczoru Horacyo skonstatowal -
[ ...przerzucajac cienkie
strony "Encyklopedii farmakologii", ktora... i tak dalej, i tak dalej... -
to wszystko znamy...]
...i oto ktoregos wieczoru Horacyo skonstatowal to,
czym od dawna dreczyl sie jego ostatni bastion wewnetrznej zgodnosci,
odkryl, ze jego dusz... nie dokonczyl, nie powiedzial, nie zamknal obiegu
slowa, slowa goracego jak jakis wiecznie podgrzewany na patelni kotlet, jak
kotlet wielokrotnie zjadany, mielony i dawkowany przez wszystkich w okolo,
slowa, ktorego dawno juz niedokanczal i dawno nie wypowiadal, poniewaz
dusz... i zamiast tych kilku literek - zamiast znaczen, ktorych Horacyo
nie chcial domknac i tym samym sprawic, ze stana sie skonczone, statyczne,
ze stana sie constans akurat w miejscu, gdzie by sobie tego po prostu nie
zyczyl - wymowil z namaszczeniem: "cwierc", i zdziwil sie ze wlasnie to,
wlasnie to jedno a nie drugie, nie jakies inne, ale wlasnie to,
dokladnietoslowo... czyli jakby... i zdziwil sie nieco z takiego obrotu
sprawy, z tej rozbieznosci miedzy... a miedzy..., co w gruncie rzeczy daje
cos na wzor...
...wiec, jego udana cwiartka, jego cwierccalosci-nieokreslonosci(brawo,
Horacyo! brawo!), ktorych zamiast czterech - a mogloby sie wydawac idac
tropem logicznej analizy, ze kazda caloscniestalosc powinna skladac sie z
czterech cwierci, z cwierci czterech, ale nie nalezy przeciez popadac w
zachwyt nad zimnymi kalkulacjami, chyba zeby tak... -Horacyo posiadal
zaledwie dwie cwierci, dwa cwiercwie-cwi i cwir-cwir - czyli udana
cwiartke,
i nieudana cwiartke, przy tym moznaby dyskutowac, ktora z nich jest tak
naprawde nieudana, a ktora.... ...i co tez ma oznaczac udanosc, lub... albo
czy... ...co oczywiscie zupelnie niczemu nie dowodzilo i w zadnym wypadku
nie przeszkadzalo mu odnalezc sie wreszcie ktoregos dnia w zupelnej
calosci,
ale jak wiadomo - shit happends...
...i oto wlasnie ktoregos wieczoru Horacyo skonstatowal,
ze taka zwykla, zwyklutka bulwa tez cierpi, moze nawet za miliony cierpi
bulw, cierpi bulwa za bulwy, a z kolei te bulwy - pewnie w ramach jakiejs
ogolnogatunkowej wymiany cierpien - cierpia za tamta bulwe, z kolei... na
pewno zas bulwa troche na wlasne konto cierpiec musi... i stad
wlasnie(tylko kurwa skad?!) do glowy zanurzonego w dymie tytoniowym Horacya
dotarla mysl, ze... teraz to pozostaje mu tylko zjesc, je-sc, je-zje-sc, ze
najlepiej byloby zjesc, cos zjesc, wlasnie teraz, dokladniusienko w tym oto
momencie zjesc, cos zjesc, najlepiej jeszcze zanim glaby i ich pustowatosci
wydraza-zdaza w nim samym i w jego cwiartkach, cwierc-ciach i innych na
pozor niematerialnych czesciach jego niestal-osci-zmienno-sci obszerniejsze
jamy, a kiszki stana sie puste w swoich przepastnych, zawilych wnetrzach,
jakby na wzor tych brunatnych szczelin na zalaczonym do "Atlasu chorob i
szkodnikow ziemniaka" zdjeciu...
ech! - westchnal do siebie Horacyo, jakby chcial uchronic chociaz jednego
cierpiacego ziemniaka, chocby bulweczke najmniejsza, i rozwazajac mozliwe
mozliwosci, a potem z tych mozliwych mozliwosci eliminowal niemozliwosci,
i
tak dalej az do momentu kiedy z pozostalych mozliwych mozliwosci, wybral
mozliwie-najmozliwsza-mozliwa-mozliwosc i wylonil z siebie zdanie, ktorego
nawet nie wypowiedzial bo wciaz mozliwie i najmozliwiej ukladal niemozliwe
mozliwosci...
...i jak powiedzial-niewypowiadajac, tak zrobil, i gotujac garsc
bulwiastych
brylek ziemniakow, myslac o cierpieniach i poswieceniach tych bulgoczacych
w
garnku bol-bulw, o ich podobienstwach do pewnych..., o mozliwosciach(lub
niemozliwosciach), o watpliwej jednosci egzystencjonalnej bulwy i o ich
cwiartkach-cwierciach-ciach...
...i dlugo potem Horacyo jeszcze zachodzil w glowe, skad sie wziela ta
gruba
ksiega z farmakologii, i wuj mowiacy...,
...i co on tak naprawde chcial przez to wszystko powiedziec, i czy
rzeczywiscie to powiedzial, czy zaledwie przeszlo mu to przez mysl, czy to
wszystko bylo jedynie jakims dziwnym zludzeniem, a moze tylko zwyklym
ruchem
jego rybich warg, z pomiedzy ktorych wylecial maly obloczek ciszy...
...i moze jeszcze cos, cos co nalezy ujac w stylu jakims-tam, lecz nie
tam-jakims, czyli tylko w-te-a-nie-we-wte, i w dokladnie takim a nie innym
ujeciu, nie innym a w takim, w takim...(na Boga! litosci Horacyo!)
...oraz te wszystkie inne, takie tam....
Au revoir!
Horacyo.
Data: 2002-11-21 23:11:10
Temat: Horacyada
Nadawca: 
Horacyada z dnia 21 listopada 2002 r.
siedzac jak zwykle u szczytu, na szczycie, w szczycie i
jednoczesnie
po-za szczytem jednego z tak magicznie wymyslonych miast - Horacyo
medytowal, albo zaledwie probowal uchwycic metropolie w jednym kawalku, w
jej calej-calosci, w spojnym obrazie tej wielkiej i ciemnej masy miasta...
i tak jak zwykle, jak zawsze, gdy zabiera sie do czegos w tym
wlasnie rodzaju, wszystko wypada mu niespodziewanie z
wszech-m-o-r-z-a-detali, i dokladnie wtedy, dokladnie w tej samej chwili,
gdy zafascynowany momentalna pieknoscia jakiegos absolutnego drobiazgu,
ktory podobac sie moze wylacznie komus takiemu jak Horacyo podszyty taka
czy
inna, udana lub nieudana cwiartka...
bo przeciez wylacznie komus takiemu jak on, bo tylko jemu przez
krotka chwilke wydawalo sie... i potem tylko jemu przez jedna krotka
chwilke... bo przeciez to tylko komus takiemu jak Horacyo ciagle jeszcze
wydaje sie, ze diabel tkwi w szczegolach, i ze diabel... tak-czy-inaczej,
czy tak... tak czy?
i tym oto jedynym w swoim rodzaju sposobem Horacyo dowiaduje sie,
ze
jezyk wieloryba, ze jest jakis tam jezyk, i jest jakis wieloryb, ktorego
zupelnie niechcacy wysnil tej nocy nie zdajac sobie sprawy z pustej plazy,
i
z piasku, z jezyka zanurzonego w piasku, z zanurzonego i w piasku i w snie
jezyka wieloryba...
nie zdajac sobie sprawy z calej zawilej histori jezyka, z histori
owego wysnionego na plazy jezyka, ktory pojawil sie tylko na jednej plazy,
na plazy zupelnie inaczej wysnionej, zupelnie osobnie przez wszystkich
wysnionej... nie zdawal sobie sprawy z takiej historii, z historii, ktora
konczy sie dokladnie tak, jak koncza sie wszystkie historie tego rodzaju, i
ani troche inaczej... ale czy na pewno wlasnie takie historie...
i ciagle jeszcze nie zdawal sobie sprawy, ze to jest jednak jezyk
wieloryba... ale to jest taki jezyk...
bo jezyk tego wieloryba to dluzszy jest niz caly slon, a taki jezyk
przysnic sie moze wylacznie na plazy, bo tylko na
plazy-mierzy-sie-taki-jezyk, tylko we snie i tylko na wysnionej plazy
zmiescic mozna taki jezyk, i wlasnie na plazy z takim jezykiem mierzy sie
slon, wiec mierza sie i slon i jezyk...
a potem kazdy taki slon, slon mniejszy od jezyka, taki przysniony
na
plazy slon, juz w drugim snie snic siebie nie bedzie potrafil, bo to jest
sfrustrowany slon, slon przeciez mniejszy od jezyka, a jego serce, nie,
jednak to nie jest serce, nie slonia jednak... slonia nie...
przeciez to serce jest wieloryba, i wlasnie takie serce czy to w
snie, czy calkiem poza snem... i wlasnie takie serce zawsze jest wieksze
niz
fiat 126p, bo przeciez wszystko jest wieksze niz taki maly fiat...
byc moze tylko serce tego slonia, i tylko maly fiat, a moze nawet
caly slon i maly fiat moga sie rownac na takiej wysnionej plazy, i tylko w
takim snie, i tylko w snie, w ktorym sie mierzy ten sfrustrowany slon, i
wielorybi jezyk i taki maly fiat...
a Horacyo to wie, wie jakos sam w sobie, wie po swojemu, i wie dla
swoich, a ta jego swobnosc-przesobnosc meczy go, i znow sam jest w swoim
snie, sam z siebie jest, i swoje wie, dla swoich... ale czy?...
i potem sniac jeszcze, jeszcze spiac - Horacyo mowi:
i-niby-po-co-mi-kurwa-jest-taki-maly-fiat?!!!...
a mowi to tak, jakby nastepnego dnia zamierzal na prawde wyruszyc w
podroz dookola swiata, i jakby caly ten sen, i jezyk, slonia i jego serce,
i
serce wieloryba tez, i fiata 126... i jakby to wszystko, w chwile po tym
wszystkim chcial wepchnac do jednej walizki...
bo przeciez Horacyo na prawde chcialby jutro dookola swiat
obleciec,
obleciec swiat - wylacznie za pomoca napelnionego sennymi slowami i
obrazami
wehikulu czasu, i z jego wysniona walizka, gdzie w razie potrzeby jest
plaza, jest i wieloryb, i jest sfrustrowany slon...
a jego sen, sen jego przynajmniej serce ma, nie-ma,
m-a-p-r-z-y-n-a-j-m-n-i-e-j-s-e-r-c-e...
Au revoir!
Horacyo.
Data: 2002-11-22 10:06:18
Temat: Horacyada
Nadawca: 
Horacyada z dnia 22 listopada 2002
...Horacyo opada i gardzi siedzacym lataniem, gardzi juz czasem, i w
szarej, niespelnionej jasnosci, przenikajacej embriony jego wyobrazen,
odnajduje samego siebie ale calkiem innego, okreslonego nie w ziemi,
duszach, umyslach - lecz w ciasnej i mrocznej przestrzeni kuli....
...wiruje, kreci sie i rzyga na ta podla karuzele choc wie, ze wszystko
wczesniej czy pozniej, ze wszystko wczesniej czy pozniej, ze wszystko...
...a potem ostrze, szafot - ciach!
...i znow siedzi zgarbiony na krawedzi katafalku
Au revoir!
Horacyo.
|